01-205 Warszawa, ul. Młynarska 7info@spidor.pl

Sztuka niespadania

Wpis 54 z 68
Sztuka niespadania

Za tydzień lecę do Londynu. Muszę wyzdrowieć, więc nie ma mowy o łażeniu z przeziębieniem, a w łóżku nuda. Syn pyta, czy czegoś mi potrzeba (kochane dziecko). „Niczego. Może jakiegoś fajnego zajęcia”. Znika z sypialni i po kwadransie wraca z konsolą, kablami, kontrolerami i 3 pudełkami pod pachą. „Wybieraj” – rzuca na kołdrę Fifę, Little Big Planet i H.A.W.X 2. W LBP grałam wiele razy. Fify nie ogarniam. Gdyby piłkarzy było trzech i oczywiście bez bramkarza mój zmysł wzroku może by sobie wówczas poradził. Wybieram pilota z myśliwcem w tle, zwłaszcza, że latanie mnie fascynuje. Uwielbiam patrzeć na samoloty, a koło muzeum lotnictwa nie potrafię przejść obojętnie. W fakcie, że kilka ton żelastwa przemieszcza się w powietrzu dopatruję się pierwiastków magicznych. Przy czym, kiedy sama wchodzę na pokład oblewa mnie zimny pot, mam gęsią skórkę na piętach i marzę o interwencji anestezjologa. Staram się wtedy skupić uwagę na stewardessie, myśląc o tym, że odprowadziła dzieci do szkoły i jest w pracy, z której niebawem wróci do domu.

Zatem wyciągam H.A.W.X.’a 2. „Świetny wybór” – komentuje nastolatek, po czym wcielając się w rolę nauczyciela opowiada mi fabułę gry. „Separatyści kradną w Rosji głowice nuklearne, robią przewrót…”. Nie słucham w zasadzie. Patrzę jak wzbija swoją maszynę w powietrze i robiąc liczne obroty strzela w obiekty wojskowe wroga, po czym znika w dymie wybuchów. „Wow” – więcej nie umiem z siebie wykrzesać. „Jest jakaś misja szkoleniowa  z opcją 10 razy wolniej dla nowicjuszy?” – pytam. Boję się, że nie uda mi się nawet wzbić w powietrze. „Fabuła to tylko pretekst – tłumaczy młody. Jak chcesz wyłącznie polatać (w mojej wersji nie spaść) wybierasz opcję swobodny lot, wybierasz maszynę, pilota, lokację i sru”. Zwłaszcza „sru” może nie wyjść… śmieję się pod nosem, ale co tam. Leżę w łóżku i zamierzam LATAĆ!

Mój myśliwiec jest …. GRAFITOWY 😉 Mirage F1, wiem przecież. Na myśliwcach trochę się akurat znam. Chciałam wybrać Harriera lub mojego ulubionego Nighthawka, ale ponoć za szybkie na początek. Startuję z lotniska Prince Faisal. Pas startowy długi, maszyna lekka. „Nos w górę” krzyczy syn, kiedy pojawia się napis. Unoszę maszynę (drążek w dół). Chowam podwozie (iksem). Proste!!!!

Niestety mój myśliwiec rozbija się zaraz za końcem pasa startowego, ponieważ zapomniałam puścić drążek. „Brawo, ja”! „Gra nie wymaga szczególnej ekwilibrystyki manulanej” – wymądrza się moje dziecko. „Zabrakło odrobiny logiki”. Dzięki, synu, za komplement. Czuję się zmotywowana 😉

„Spoko, mamo, będę Ci mówił co masz robić. Dawaj jeszcze raz”. No to daję 😉 Długa, biała linia… rozpędzam się. Nos w górę (drążek), chowam podwozie (iks), puszczam drążek (tak!!!), stabilizuję wysokość, wznoszę się, bo muszę ominąć pagórki. Nieopodal rzeka, widoki wirtualne, ale piękne. R1, L1 skręcam. Syn wyrywa mi kontroler i pokazuje, jak skręcać szybciej. Umiem! Umiem! Zawracam nad rzeką, wierząc, nie wiadomo czemu, że nad wodą bezpieczniej. A teraz będzie lądowanie. To dopiero wyzwanie. Widzę lotnisko. Wyświetla mi się opcja lądowania z asystą. No nie inaczej! Jestem w środku tunelu z zielonych trójkątów, a mój syn co i rusz krzyczy mi nad uchem „trzymaj poziom”. Staram się, synu. Całe życie się staram trzymać poziom – uśmiecham się do siebie. Jest pas startowy (dlaczego o pasie do lądowania też się mówi „startowy”?) znaczy jestem na kursie. Wywalam koła, schodzę niżej. O, do diabła, nie dam rady. F1 buja się na wszystkie strony. „Nie puszczaj hamulca!”, wrzeszczy mój syn. Kontroler trzęsie całym łóżkiem.

„Wylądowałaś go, wylądowałaś, widzisz???”. Widzę. Cieszę się tak bardzo, że nawet nie chce mi się wdawać w dyskusję o błędach językowych. Niech będzie, że go wylądowałam. No to jeszcze raz.

Latam drugą godzinę. Próbowałam już obrotu. Mieszczę się pod mostem. Przeszłam misję treningową (mój pilot to przystojny Amerykanin – porucznik David Crenshaw) i swobodny lot Nighthawkiem. Jestem z siebie dumna prawie tak samo, jak wtedy, gdy pierwszy raz zrobiłam gołąbki. Niestety nasze okrzyki radości obudziły córkę. Szkrab wyciągnięty z łóżeczka przydreptał natychmiast do sypialni. Usadowiła się między nami i zamiast obserwować z podziwem moje podniebne ewolucje przystąpiła do wyrywania mi kontrolera krzycząc „mama lataka da”. I tak się właśnie można pobawić… Jak pójdzie spać, to znów odpalę silniki… Sztuka niespadania opanowana! W nocy nauczę się strzelać 😉

Menu